Pisanie tekstów dla dużych portali — warto czy nie warto?
Poprzedni post

W 2014 roku dostałam propozycję pisania tekstów dla dużego portalu. Nie będę podawać nazwy, ale mniej więcej rangi wp, onet, pudelek, gazeta. Na początku się trochę podjarałam. Jako copywriterka pracowałam już od jakichś 2 lat i w sumie w dalszym ciągu pisałam głównie teksty SEO plus co jakiś czas wpadały fajniejsze zlecenia. Pomyślałam, że może właśnie to jest ten moment, by wyruszyć na szersze wody. Wiecie, współpraca ze znanym wydawcą, ciekawe portoflio. Pani, która wystąpiła z propozycją współpracy, znała mnie, bo wcześniej zlecała mi teksty. Została redaktorką działu czy coś w tym stylu i miała za zadanie czuwać nad publikacją treści w tym serwisie.

Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to, że proponowana stawka za 1 artykuł ok. 5000 znaków wynosiła 10 zł netto. Wyobraźcie sobie, by zarobić 100 zł dziennie, musiałabym napisać 10 takich artykułów. 50 tysięcy znaków. No ale dostałam info, że moim zadaniem nie będzie „samodzielnie pisanie”, a jedynie szukanie podobnych artykułów na innych portalach i ich przeredagowywanie. Ach, to „zmieniało” postać rzeczy. Zlecenie marzeń.

Proponowana praca polegała mniej więcej na tym, żeby skopiować tekst z portalu x, parafrazować zdania i wkleić je na portal y. Żeby było śmieszniej, był to dział „Zdrowie i uroda”. Drodzy państwo, zastanówcie się dwa razy, zanim zaczniecie szukać porad zdrowotnych w internecie, bo całkiem możliwe, że pisał je jakiś „copywriter” studiujący politologię. Za 10 zeta. Przypomniało mi się, jak po urodzeniu pierwszego dziecka zaczęłam odczuwać straszne bóle nóg i kręgosłupa. Moja mama mówiła, że to efekt przeciążenia organizmu, ale ja wolałam sprawdzić w internecie i sama się zdiagnozować. Wyszło mi, że mam raka macicy, niestety, już z przerzutami do kości, a w bardziej optymistycznej wersji — zakrzepicę żył. Mama to jednak zawsze ma rację. 😉

Wracając do tematu, chwilę, taką dosłownie malutką chwilkę, zastanawiałam się, czy przyjąć ofertę pisania tych tekstów. Jednak grzecznie odmówiłam, bo szybko doszło do mnie, że to była praca uwłaczająca godności człowieka. Pod każdym względem. Zarówno ze względu na niską płacę, jak i serwowanie ludziom bzdurnych, zakłamanych i niezweryfikowanych informacji dot. zdrowia i urody. Trzeba nie mieć skrupułów, żeby bez żadnej wiedzy pisać na tak poważne tematy.

Jak wygląda typowa oferta pisania tekstów dla dużego serwisu?

Otrzymanie takiej cudownej „oferty pisania tekstów dla dużych portali” jest bardzo proste i wcale nie trzeba mieć dużego doświadczenia. Na przykład tu jest screen odpowiedzi na ofertę pisania tekstów dla serwisu, która pojawiła się jakiś czas temu w grupie dla copywriterów. Wielu się oburzyło i słusznie. Gdybym nie siedziała w tym biznesie tyle lat, to może też bym się zbulwersowała. Jest to typowa oferta „dużego serwisu”. W zasadzie to dziwię się, że w ogóle chcieli płacić, bo często takie zlecenia określa się „darmowym stażem lub praktykami z możliwością zatrudnienia”. Zauważmy, że nie ma tu ani słowa o oczekiwaniach wobec kandydata, kwalifikacjach itd. Bo i po co. Są za to wymagania dotyczące tekstów. I tu już zapaliłaby mi się czerwona lampka, podobnie jak przy fejkowych ogłoszeniach dla freelancerów. 

Jeśli chodzi o wynagrodzenie 3000 zł brutto, może nie jest to szałowa wypłata, ale całkiem zwyczajna jak na polskie warunki.  Ja wiem, że w internecie wszyscy chcieliby się kreować na milionerów, ale wrócimy do realnego świata, w którym większość Polaków zarabia jakieś dwa koła miesięcznie na rękę.

Bardziej szokujące są te wymagania. Mnie tu wychodzi, że miesięcznie trzeba napisać 960 tys. znaków. Dla przykładu przeciętna powieść ma ok. 500 tys. znaków. Czyli miesięcznie trzeba by było napisać ze dwie powieści. Dodajmy do tego, że przy tym zleceniu stawka za napisanie 1000 znaków wynosi ok. 3 zł brutto. Zakładając, że napisanie 1 tekstu zajmie 60 minut, co i tak jest wyczynem, okazuje się, że w 2019 roku bardziej od pracy dla jakiegoś tam serwisu opłaca się urodzić 4 dzieci i żyć z 500+. I jeszcze nabędzie się prawa do emerytury, czego nie uświadczymy w przypadku umowy cywilno-prawnej. Jak to śpiewał Michał Wiśniewski, jaki pan taki kram. Kto by pomyślał, że to lider Ich Troje wypuścił tak znakomity utwór.

„No bo jak nie rzucać mięsem, kurwa, gdy…”

Nawet jakby trzeba było parafrazować inne teksty, bo w zasadzie nie widzę tego inaczej, jest to zadanie z kategorii very very hard. To znaczy, jeśli człowiek się spręży, to da radę utrzymać takie tempo pisania może z miesiąc. Potem padnie z wycieńczenia. Myślę, że serwisowi na tym nie zależy, bo za miesiąc znajdzie kolejnego człowieka do pisania, a potem kolejnego i kolejnego. Bo nie mam wątpliwości, że zawsze kogoś znajdzie.

Gdy rozwijają się dyskusje o takich świetnych ofertach pracy, ktoś tam napiszę, że żadna praca nie hańbi, pieniądz nie śmierdzi, paniska się znalazły, co gardzą proponowaną pracą. Ja również uważam, że żadna praca nie hańbi, ale jednak są jakieś granice przyzwoitości.

 

Pisanie to pisanie

Wystukanie każdej literki zajmuje określony czas, który płynie tak samo, bez względu na to, czy piszemy wysublimowany wiersz, monolog liryczny o upadku świata doczesnego, czy bezsensowny tekst SEO. Dla mnie nie ma znaczenia, czy piszę dla wielkiej międzynarodowej korporacji, czy firmy krzak. Tekst to tekst i spędzę nad nim tyle samo godzin, bez względu na to, kto mi go zleca. Po prostu mam ustalone kryteria, według których ustalam ceny za teksty i staram się ich trzymać.

Śmieszą mnie oferty w stylu „teksty lepszej jakości, teksty merytoryczne, teksty bez efektu wow, z efektem wow”. Bo ja na przykład zawsze piszę teksty w najlepszej jakości, na jaką mnie stać. Nie jestem w stanie świadomie napisać czegoś gorszej jakości, bo mi mniej zapłacą. Owszem, różnie to bywa. Czasami niektóre teksty pisze się łatwiej, inne idą jak po grudzie. Czasami pomimo starań, efekt będzie słabszy. Jakiś temat pasuje bardziej lub mniej. Są też różne typy tekstów. Inaczej pracuje się nad opisami produktów, a inaczej nad contentem na stronę www. W przypadku tekstów SEO często nie trzeba robić głebokiego researchu i można pisać „z głowy”, dlatego idzie szybciej i można brać mniej.

 

Skąd biorą się takie stawki?

To jest bardzo proste. Duży portal utrzymuje się głównie z reklam. Im więcej odwiedzin na tym portalu, tym wyższe stawki za reklamy. Żeby było dużo odwiedzin, trzeba dostarczać multum contentu. Pisać byle co, dodawać „chwytliwe nagłówki”, musi się klikać. Najlepiej rozbić tekst 2000 znaków na 10 stron, żeby przy okazji obejrzeć 30 reklam. Nikogo zbytnio nie obchodzi, o czym będzie tekst. W zasadzie im bzdurny tym lepiej. Dlatego najchętniej widziane są tematy w stylu „Doda pokazała sutek” i „Lady Gaga rozstała się z Bradleyem Cooperem”.

Budżet jest ograniczony, dlatego kalkuluje się, dodaje, odejmuje, oblicza i jak nic wychodzi, że 1 tekst może kosztować maksymalnie 10 zł. Więcej dać nie możemy, bardzo nam przykro. Mamy portal, robimy biznes, a nie prowadzimy firmę charytatywną, która rozdaje pieniądze za jakieś tam teksty, które pisze się w 10 minut.

Ja tam w zasadzie już tyle widziałam i doświadczyłam we freelansie, że naprawdę trudno mnie zaskoczyć. Na przykład dostałam ofertę napisania tekstów dla sklepu w zamian za sukienkę z tego sklepu. 😉 Wielki żal, ale to jest nasz świat, świat copywriterów. Choć z copywritingiem to nie ma nic wspólnego. Przy okazji odsyłam do mojego starszego tekstu, w którym mniej więcej wyjaśniłam, jak szeroka jest dziś definicja copywritera.

A tak poza tym, wakacje się kończą, a moje w tym roku były wyjątkowo pracowite. Czas szykować dzieciaczki do szkoły. Wszyscy się cieszą, oprócz dzieciaczków. Buziaki!

Wróć na górę