Czy stali klienci są fajni dla freelancera?
Poprzedni post Następny post

Nie ma co się oszukiwać, że największą bolączką freelancera (obok rychłego wypalenia) jest brak stabilności finansowej, wynikającej z niesystematycznych wpłat od klientów. Musi upłynąć sporo czasu, zanim działalność nabierze odpowiedniego rozpędu, a zlecenia i pieniądze będą się pojawiały regularnie.  Ale wierzcie mi, nie ma żadnych przeszkód, by to wszystko nie posypało się z dnia na dzień. Wszędzie się słyszy, że najlepsze co może spotkać freelancera to stali klienci zapewniający regularny dochód. Zgadzam się z tym, ale nie wszystko złoto co się świeci. W mojej opinii, stali klienci to źródło satysfakcji i rozterek.

Trzy typy klientów freelancera

Klientów (umownie) dzielę na trzy główne kategorie:

  • Klienci, z którymi jestem umówiona na regularne dostarczanie stałej liczby tekstów (np. 10 artykułów na blog co miesiąc) przez dłuży czas.
  • Klienci, którzy zamawiają często, ale nieregularnie, od czasu do czasu, kiedy akurat mają dla mnie robotę.
  • Klienci nawiązujący jednorazową współpracę (np. teksty na stronę www, nazwę czy hasło reklamowe).

Ci pierwsi i drudzy to najczęściej web developerzy, specjaliści SEO, małe i średnie agencje. Bo mają wielu klientów i budżety na długofalowe współprace. Klientem jednorazowym może być każdy.

Każdy freelancer powie, że ci pierwsi klienci (czyli stali) są złotem. Dlaczego?

 

Najważniejsze atuty stałych klientów:

 

  • Stabilność finansowa. Wiadomo, że nawet jak w danym miesiącu nie pozyska się żadnych nowych zleceń, to i tak wpadną pieniądze.  To trochę przypomina etat, z tym, że nie ma się żadnych praw pracowniczych. 😉

 

  • Mniej pracy. Każdy nowy klient to czas poświęcony na samo uzgadnianie szczegółów zlecenia, wymiana dziesiątek maili, poznawanie i docieranie się. Współpracując z jednym zleceniodawcą wiele miesięcy, wymiana maili na ogół odbywa się tak: „Hej, przesyłam kolejne zlecenie. Wytyczne jak zawsze”. I wszystko jest jasne. Poza tym, często znamy już tematykę, dlatego risercz przy każdym kolejnym temacie trwa coraz krócej. Już kiedyś, w artykule o cenniku copywritera pisałam o tym, że samo pisanie tekstów zajmuje najmniej czasu. Jedna z moich klientek miała plan na dwufalowe rozwijanie blogów firmowych. W Google udostępniła mi plik excel z setkami tematów  do opracowania. Wybierałam temat, pisałam, a potem tylko odhaczałam jako zrealizowane. Potem ona raz lub dwa razy w miesiącu przesyłała mi pieniądze. To była świetna współpraca, ponieważ kontaktowałyśmy się sporadycznie. Zdobywając takiego klienta, praca jest dużo bardziej opłacalna, ponieważ nie ma potrzeby ciągłego histerycznego poszukiwania zleceń „za wszelką cenę, za każdą stawkę”.

 

  • Lepsza organizacja czasu. Jeśli wiem, ile mniej więcej tekstów będę musiała napisać w danym miesiącu, mogę sobie to rozsądnie rozplanować. Pojawia się regularność pracy i większy spokój. Można np. zrobić sobie dzień wolny, wiedząc, że jutro będzie się po prostu trochę więcej pracowało, by nadgonić.

 

  • Pewność wypłaty. Z tym pewnie bywa różnie, ale stali klienci są na ogół rzetelni w kwestiach finansów. Podpisują umowy, przesyłają pieniądze terminowo, ponieważ zależy im na utrzymywaniu dobrych relacji z freelancerem, z którego są zadowoleni.

 

Te korzyści przemawiają za tym, by zdobywać takich stałych klientów. To wcale nie musi być jeden klient. Może być ich kilku, przesyłających regularnie mniejsze zlecenia. Z mojego doświadczenia, dobrze kiedy stałe zlecenia dostarczają freelancerowi minimum 30-50% ogólnych dochodów.

 

Minusy stałych zleceniodawców

 

To nie jest tak, że stali klienci są źródłem samych pozytywów. O nie. O tym również się przekonałam. Kiedy zleceniodawcy mogą być „utrapieniem”?

 

  • Zdarza się, że z racji tego, że płacą większe kwoty, oczekują rabatów. Wtedy wychodzi, że w tym czasie, kiedy realizujemy stałe zlecenia, możemy robić niemal to samo za większe pieniądze. Ostatecznie uważam, że warto się trochę poświęcić i zarabiać ciut mniej, ale za to mieć spokojną głowę o pieniądze na dany miesiąc. Ale też uwaga. Czasami stała współpraca po dłuższym czasie staje się kompletnie nieopłacalna. O tym w kolejnym punkcie.

 

  • Tu działa tzw. reguła początkującego. Dopiero zaczynamy się poruszać w świecie freelansu, nie wiemy, jak wyceniać pracę, zdobywamy pierwszego stałego klienta, dla którego piszemy za przysłowiową złotówkę. Początkowo cieszymy się, bo przecież ktoś chce nam płacić. Mamy jakieś tam pieniądze, ale po pewnym czasie uświadamiamy sobie, że po analizie relacji czasu poświęconego na pisanie do wynagrodzenia, wychodzi, że zarabiamy 5 zł na godzinę. Tracimy wiedząc, że obok przechodzą nam lepsze zlecenia. O tym pisałam w tym tekście. Z takich współprac ciężko się wykręcić. No i co z tym robimy? Można np. poprosić o podwyżkę. Jedna z moich czytelniczek napisała mi w wiadomości, że po przeczytaniu któregoś wpisu na tym blogu tak zrobiła i klient zgodził się na zwiększenie stawki. Hurra. Kiedy ja tak zrobiłam, klient przestał się odzywać. Czyli nie ma pewności, że zleceniodawca zgodzi się płacić więcej, ponieważ zdążył się przekonać, że otrzymywał to samo za mniej.  To jest biznes, moi drodzy.  Druga możliwość to zakończenie realizacji nieopłacalnego zlecenia. Bez obaw, że nie znajdzie się lepszej roboty. Bo się znajdzie. Warto jednak stopniowo wycofywać się z niefajnych zleceń, wiedząc, że wciąż ma się coś w zanadrzu. Inaczej wrócimy do początku, czyli budowania nowej bazy klientów, co może zająć długie miesiące. Dlatego zawsze powtarzam, żeby możliwe jak najszybciej wykręcać się z niskich stawek, inaczej będzie się na zawsze skazanym na zarabianie groszy.

 

  • Tu przechodzimy do kolejnej ważnej kwestii. Nigdy nie warto wiązać się na stałe tylko z jednym klientem.  Może się zdarzyć, że on w każdej chwili zrezygnuje ze współpracy. Z różnych powodów. Może zakończył projekt, znalazł kogoś innego albo po prostu zamknął firmę. Kiedyś na forum pewien freelancer pisał o tym, jak jego główny, wieloletni klient wycofał się ze współpracy po jego wypadku i pobycie w szpitalu. Po prostu nie chciał czekać i znalazł kogoś innego. Przykre, ale to tylko pokazuje, że jeśli chodzi o klientów, to nigdy nic nie jest pewne na 100%. Najlepiej utrzymywać kontakty z kilkoma „mniejszymi” stałymi klientami jednocześnie. Wtedy nawet jak któryś się wycofa, nie będzie tragedii. Poza tym nigdy nie należy do końca zaprzestać pozyskiwania nowych zleceń, ponieważ każdy nowy kontakt to szansa na nowego i fajniejszego stałego klienta.

 

  • Czasami stali klienci chcieliby nawiązać relację na zasadzie pracodawca-pracownik, z tym że nie oferują żadnych przywilejów pracowniczych. Żadnych składek, zwolnień, urlopów itd. Chcą pełnej dyspozycji, proszą o różne drobne przysługi wykraczające poza zakres ustalonych prac. Kiedyś jedna z klientek chciała, bym napisała maila do pewnego blogera z pytaniem o możliwość opublikowania posta sponsorowanego.  A że byłam niedoświadczona, to się zgodziłam.  A tu wciąż działają relacje B2B. Zleceniodawca-wykonawca. Owszem, zdarza się, że utrzymuję z klientami relacje wręcz przyjacielskie. Kontaktujemy się prywatnie i nie dziwię się kiedy np. dostaję wiadomości w stylu „hej, Asia, co myślisz o takiej nazwie czy takim logo?” Ale to działa w dwie strony, ponieważ ja też proszę ich o wsparcie w różnych sytuacjach. Trzeba mieć świadomość, że stały klient to wciąż klient, z którym nie łączy nas nic poza okresowym zobowiązaniem, np. umową na dane zlecenie.  Chyba że zatrudni nas na umowę o pracę. Wtedy to zupełnie inna bajka. Przecież gdyby freelancer chciał się wiązać z jedną firmą, to poszedłby na etat. Cała idea freelansu polega na swobodzie w wybieraniu zleceń i czasu pracy. Choć często ta swoboda jest teoretyczna, bo z reguły to klienci nas wybierają, a my mamy jedynie możliwość przytaknięcia na współpracę lub nie.

 

  • Są jeszcze klienci, z którymi mamy stały kontakt, ale przesyłają zlecenia nieregularnie. Tu współpraca bywa trudna, ponieważ nie zna się dnia, ani godziny, kiedy do skrzynki wpadnie mail z nowym zleceniem. Może to być za tydzień, miesiąc, a nawet rok. Tacy klienci oczywiście też są cenni, ale nie zapewniają stabilności, tak ważnej w życiu freelancera.

 

  • Po dłuższej współpracy zawsze dopada nas znużenie zleceniem, które jest pierwszym krokiem do wypalenia zawodowego. Normalne jest, że po setnym tekście o klimatyzatorach, zaczynamy mieć dość.  A tu w perspektywie kolejne miesiące spędzone na pisaniu „wciąż o tym samym”.  Z czasem zaczynamy się mniej starać, spada nam wydajność. I generalnie robimy wszystko, by tylko nie usiąść do pracy, ponieważ dosłownie mamy odruch wymiotny na myśl, że „znowu to samo”. Odkładamy pracę na ostatnią chwilę, co z kolei powoduje problemy z jej terminowym dostarczaniem. Mój mózg zbuntował się po napisaniu jakichś 250 artykułów o psach w ciągu 2 lat. Miałam z tego fajne pieniądze, ale spowodowało tak wielkie zmęczenie psychiczne, że poważnie zastanawiałam się nad zmianą zawodu. Po zakończeniu współpracy – odżyłam. To kolejny powód, dla którego warto realizować różne zlecenia, dla różnych klientów, z różnych branż.

 

  • My tu tylko o pieniądzach, a przecież nie to jest sednem pracy freelancera. Jeśli ludzie decydują się na freelance dla kasy, mogą się dość mocno rozczarować.  Warto dążyć do tego, by współprace ze stałymi klientami, były może niekoniecznie bardzooo satysfakcjonujące, ale chociaż nieuciążliwe. Kiedyś męczyłam się ze zleceniami dla kilku stałych klientów. Klienci byli ok, ale zlecenia już nie. W końcu doszłam do wniosku, że to bez sensu. Jeżeli mam się stresować i frustrować, to chociaż niech będzie to stała praca, w stałych godzinach, z wypłatą do 10., z pełnymi składkami i urlopami. A tak, nie dość że nie lubiłam tego, co robiłam, to jeszcze nie miałam z tego tytułu żadnych innych korzyści. Przegrana na całej linii. Jestem za tym, by tak się urządzić jako freelancer, by mieć z tego przywileje niedostępne dla pracujących na etatach. Nie tylko finansowe. Nie ma cudów, by wszystkie zlecenia były kreatywne, lekkie i przyjemne. Mowa tu o takich korzyściach, jak więcej czasu dla siebie, swoboda w zarządzaniu życiem itp.

 

Stali klienci niekonieczne dostarczają najwięcej pieniędzy. Bywa wręcz odwrotnie, ponieważ z reguły jest to więcej, ale mniej płatnych tekstów. Małe i średnie firmy, czyli główni zleceniodawcy freelancerów rzadko kiedy mają do dyspozycji budżety na same teksty przekraczające dajmy na to 1000 zł na miesiąc. Podobnie jest z agencjami, które przecież muszą rozdzielić kasę od klientów pomiędzy wszystkimi pracownikami i podwykonawcami, a jeszcze zostawić coś dla siebie. Ale już klient tworzący nową witrynę dla firmy jest, a przynajmniej powinien być świadomy, że w najtańszej opcji to wydatek rzędu nawet kilku tysięcy złotych (ze wszystkim). Stronę zrobi raz, ale będzie z niej korzystał kilka lat.

Dlatego często to właśnie jednorazowe zlecenia dają nam większy zastrzyk gotówki. I w sumie najwięcej frajdy, bo przełamują rutynę powtarzalnych zleceń.  Np. teksty na strony www, za które np. w moim przypadku mogę otrzymać od kilkuset do kilku tysięcy złotych jednorazowo. Dlatego warto dywersyfikować źródła dochodów, tak żeby mieć zarówno stałych, jak i niestałych klientów. Dodam tylko, że w przypadku jednorazowych zleceń, najlepsze są te na większe kwoty. Bardzo niekorzystne jest realizowanie wielu małych prac za 50 czy 100 zł, bo to wiąże się z tym, o czym pisałam wyżej. Tracimy mnóstwo czasu na samo ustalanie wytycznych, wysyłanie faktur czy umów. Wiadomo, że czasami nie mamy wyboru, przecież nie będziemy kręcić nosem, kiedy nie mamy nic do roboty. Zaznaczam tylko, że to najmniej opłacalne.

Jak zdobyć stałych klientów?

Część przedstawiłam w tekście, jak zdobywać zlecenia nie na Oferii.  A tak poza tym, to nigdy nie wiadomo, który klient okaże się z tym stałym. To sprawia, że trzeba zawsze dbać o dobre relacje ze wszystkimi i nigdy nie palić mostów. Bywa, że stałe zlecenia są pewne już na początku. Bywa, że klient chce utargować niższą cenę, na wstępie zaznacza, że w grę wchodzi dłuższa współpraca, a potem znika. W przypadku copy, warto utrzymywać kontakty z ludźmi z branży, np. specami od SEO, web developerami, właścicielami małych agencji, ponieważ oni również nawiązują współprace z klientami, a nie potrafią dostarczyć wszystkich usług. I nigdy nie wiadomo, kiedy sobie o nas przypomną. Nie raz miałam, że np. człowiek tworzył stronę dla swojego klienta i szukał kogoś do napisania tekstów. Znalazł mnie, sprostałam oczekiwaniom i teraz zawsze odzywa się do mnie, kiedy potrzebuje wsparcia tekstowego.

Ogólnie to sami się pewnie przekonacie, albo już przekonaliście, że zdobycie stałych klientów nie jest takie trudne. Może ciut gorzej jest ze znalezieniem klientów chcących płacić naprawdę sensowne pieniądze, a nie 3 zł za 500 tekstów w miesiącu. Chodzi o to, żeby te stałe współprace działały tak, by obie strony miały poczucie wygranej. Klient, dlatego że znalazł fajnego freelancera „do wynajęcia”. Freelancer, dlatego, że znalazł klienta, dzięki któremu czuje, że ten freelance jest naprawdę fajny.

 

Cóż mogę na koniec dodać, jak nie to, że życzę wam wielu wspaniałych stałych klientów.

 

Jestem freelancerką, przede wszystkim copywriterką, czyli specjalistką od tekstów sprzedażowych. I właśnie tym się zajmuję na co dzień. Dostarczam treści, dzięki którym marki, witryny, produkty stają się atrakcyjniejsze i bliższe człowiekowi. Na blogu zdradzam kulisy mojej pracy, doradzam, a także po kolei wymieniam + 100 różnych błędów i porażek, które popełniłam w ciągu 6 lat bycia freelancerką. Chcesz, żebym coś dla ciebie napisała? To wejdź w zakładkę kontakt.

Wróć na górę