Copywriting – dlaczego nie warto się rozliczać za 1000 znaków ze spacją?
Poprzedni post Następny post

Kiedy kilka lat temu weszłam do branży, szybko zrozumiałam, że klientów najbardziej interesuje „jaka jest cena za 1000 zzs?”. Gdzie nie spojrzałam, w ogłoszeniach widniało „proszę podać stawkę za 1000 zzs” Jako świeżynce, nie pozostało mi nic innego, jak dopasować się do rynku, wyceniać pracę w oparciu o liczbę znaków ze spacją. Bo jakby ktoś jeszcze nie wiedział, właśnie to oznacza skrót zzs – Znaki Ze Spacją. 

Dziś, mając trochę więcej doświadczenia, nabrałam przekonania, że rozliczanie się za znaki to najgorsza rzecz, jaka może się przydarzyć copywriterowi. To nie sprawdza się przy wielu zleceniach. Zaraz wyjaśnię, dlaczego. 

O czym informuje liczba znaków? O tym samym co mój numer buta, liczba domów na mojej ulicy, moja waga czy wzrost. Na ogół nie mają znaczenia, nabierają go w dopiero w pewnym kontekście. Czy gruba znaczy gorsza? Nie. Czy gruba znaczy, że będę źle wyglądała w rozmiarze 34? Raczej tak. 😉

I ja myślę, że wielu z nas postrzega te 1000 zzs w złym kontekście. Przywiązuje ogromną wagę do liczb, które nic nie znaczą. 

 

Pracujesz na akord

Skoro płaci się wam za liczbę znaków – chcecie ich wystukać jak najwięcej. Z kolei klienci chcą, by ich było jak najmniej, bo każdy dodatkowy znak oznacza więcej wydanych pieniędzy. W efekcie – wszyscy na tym tracicie. 

Zamiast skupiać się na jakości tekstu, kombinujecie, ile wlezie, by tylko dobić do tych 4 K znaków. W końcu taka była umowa. Może też być odwrotnie – temat jest na tyle obszerny, że nie da rady wszystkiego zmieścić w 4000 zzs, czyli kombinujecie, co by tu wyrzucić. Jeśli napiszecie mniej znaków – klient poczuje się oszukany. Jeśli napiszecie więcej, a klient będzie chciał zapłacić za tyle, ile zamówił – to wy poczujecie się oszukani. 

To trochę smutne, kiedy teksty będące efektem pracy umysłowej traktuje się na równi z jakimiś długopisami. To tak jakby o wartości pisarza decydowało to, ile i jakiej objętości książki napisał. Tak jakby nowela była mniej wartościowa od trzytomowej powieści. Albo blog z 500 artykułami przewyższał ten z 50 artykułami. Wiemy, że tak nie jest. 

Analogiczną sytuacją jest rozliczanie grafika pracującego przy projekcie ulotki nie za efekt, a liczbę postawionych kresek i kółek czy ilość wykorzystanych kolorów. Klient mógłby powiedzieć: „Czy ja dobrze widzę, tylko niebieski i biały? Eee, to się pan nie napracował zbytnio. Co innego, gdyby były tu wszystkie kolory tęczy”. 😉 W przypadku grafiki od razu wiemy, że ilość nie definiuje jakości, ale gdy chodzi o copywriting, to jakoś niekoniecznie. 

Obecnie, z niektórymi klientami rozliczam się za liczbę znaków, dlatego wiem, jakie to niemotywujące i bezsensowne.  Nie wiem, kto i kiedy to zaczął, ale poniekąd to sami copywriterzy ukręcili na siebie bat, ustalając cenniki tylko na podstawie liczby znaków. Stali się wyrobnikami pracującymi na akord, udowadniając, że można być copywriterem nie mając talentu, wiedzy. Wystarczy szybko stukać w klawiaturę. 

Gdybym miała podsumować swoją karierę copywritera, wyszłoby, że w ciągu 6 lat napisałam co najmniej kilkanaście milionów znaków. I czy to mnie czyni lepszym copywriterem? Wątpię. Większość tych znaków było wystukanych na potrzeby testów SEO, i choć realizowały określone cele, ich wartość (i cena) była niska. Moje wynagrodzenie zależało głównie od tempa pisania. 

 

To nie zawsze się opłaca

Jeśli liczba znaków w żaden sposób nie odzwierciedla włożonej pracy i czasu, biorąc pieniądze za 1000 zzs, możemy być stratni. Klasycznym przykładem jest nazwa dla firmy, ale nie tylko. Czasami rzeczywiście pisanie idzie tak gładko, że rozliczenie za znaki jest megaopłacalne. Ale to są sporadyczne sytuacje. Z mojego doświadczenie wynika, że płatność za 1000 zzs kompletnie nie sprawdza się w przypadku contentu na stronę firmową. To czego nie zdaje sobie sprawy wiele osób, że samo pisanie, czyli stukanie tych znaków zajmuje może 30-50% pracy nad tekstem. Reszta to poszukiwanie i weryfikacja źródeł, rozmyślanie nad budową tekstu, językiem, następnie poprawki i szlifowanie. Klient zobaczy tylko 1500 zzs, których wklepanie faktycznie mogło zająć godzinę, nie widząc, co się działo w trakcie pracy. 

Trafiają się klienci, którzy niby zamawiają teksty, a w trakcie pracy okazuje się, że potrzebowali głównie konsultacji.  Dochodzi do sytuacji, że poświęcamy czas głównie na mailowanie i rozmowy telefoniczne, czego efektem są niewielkie, ale znaczące zmiany w tekstach. Może pojawić się myśl, co ten copywriter zrobił, jeśli poprawił zaledwie kilka zdań? Nie uwzględnia się tego, ile czasu poświęcił na analizę strony i podpowiedzi różnych rozwiązań. 

 

Liczba znaków nie wpływa na SEO

Na zamawianie tekstów o określonej liczbie znaków często wpływa błędne przekonanie, że to ma znaczenie dla SEO. Generalnie, to prawda, że liczba znaków w jakiś sposób identyfikuje tekst i potrzebne jest odniesienie. Tak jest np. w literaturze, gdzie mówiąc o noweli mamy na myśli krótsze,  np. 30-stronicowe dzieło, a przez powieść rozumiemy książkę liczącą powyżej 150 stron, częściej 200-300. Podobnie jest w dziennikarstwie, gdzie informacja prasowa liczy maksymalnie 2000 znaków, a artykuł czy reportaż nawet kilkanaście tysięcy.

To samo dotyczy się copywritingu. Opis produktu jest na ogół krótszy, z kolei tekst na blog – dłuższy. To wynika z wartości, które mają nieść i celów, które mają realizować. Ale także ze względów praktycznych – klient z reguły przegląda sporo produktów w sklepie, dlatego nie ma sensu zatrzymywać go na dłużej – większe ryzyko, że znudzony opuści sklep. Inna sprawa, że asortyment na ogół jest ogromny i zmienny, a wielu sprzedawców nie chce przeinwestować i zamawiać tysiące długich opisów, które lada dzień mogą nie być aktualne. 

Pełna zgoda, że tekst nie może być za długi, bo im dłuższy, tym mniejsza szansa, że ktoś go przeczyta. Z tym, że czasami temat wymaga rozwinięcia i przekroczenia tej magicznej długości 4000 zzs. Niektórzy są zdania, że Google lubi dłuższe treści, inni, że krótsze. Nie mogę się zgodzić z żadną z tych opinii, gdyż doświadczenie podpowiada mi, że liczba znaków nie ma aż tak wielkiego znaczenia dla pozycjonowania. Owszem, czasami analiza treści sugeruje, że dłuższe artykuły zyskują większa sympatię Google i/lub czytelników. A potem analizujemy inny temat i wnioski są całkowicie inne – to krótsze teksty spotykają się z lepszym odbiorem. 

Podobnie jak w literaturze i dziennikarstwie, w SEO copywritingu obowiązują pewne normy „ilościowe”, ale głupotą jest sądzić, że liczba znaków w tekście blogowym sama w sobie wpływa na SEO. Długość tekstu należy przede wszystkim dopasować do celów i tematyki. Np. pisząc o trendach w modzie czy urządzaniu wnętrz, większe znaczenie ma wizualizacja, czyli zdjęcia. Z kolei, gdy rzecz tyczy się macierzyństwa, zdjęcia mogą być jedynie miłym dodatkiem.

Osobnym tematem jest ogólna ilość podstron i tekstów w całej witrynie. Tych warto mieć sporo, bo im więcej różnorodnej treści, tym korzystniej. Ale dość śmieszne jest to, że wiele firm SEO czy ogólnie agencji tworzących strony www, zamawia od razu hurtem np. 50 à la poradnikowych tekstów, które są wrzucane do zakładki „blog” lub „aktualności”. Bo przecież Google lubi dużo treści. Nie dość, że copywriter/SEO copywriter najczęściej ma kilka dni, by to wszystko napisać, to jeszcze otrzymuje za to jakieś śmieszne pieniądze, np. 1o zł za tekst.

Owszem, niech ten bez winy, pierwszy rzuci kamieniem, ale warto pomyśleć nad tym w kontekście tematu przewodniego mojego tekstu. Na co stawiamy? Czy na ilość, czy na efekty?

I mniej znaków, tym taniej 

Rozliczanie się za znaki zachęca do zamawiania jak najkrótszych tekstów. A to trochę tak, jakby zamówić u krawcowej króciutkie zasłony, tylko dlatego, że bierze za metr. Albo uszyć krótką suknię ślubną, bo wtedy zużyje się mniej materiału i wyjdzie taniej. 

Pozostaje się zastanowić, czy nawet jeśli taki ubogi w znaki tekst ściągnie na siebie ruch z wyszukiwarek czy mediów społecznościowych, to osiąganie założony cel? Czy to nie będzie strata pieniędzy?

Zgodzę się, że biorąc pod uwagę wyłącznie ruch na stronie, to lepiej naprodukować więcej artów. Tylko czy to zawsze powinno być celem? Czy w przypadku bloga, nie lepiej skupić się na bogatszej treści, która sprawi, że ludzie będą ją komentowali, udostępniali, a potem z własnej woli wracali na stronę? Właśnie ci powracający internauci dowodzą, że blog jest przydatny. 

Nie ulegajcie jednak złudzeniu, że krótsze teksty są mniej wartościowe. Przecież cały czas tu powtarzam, że to bardzo indywidualna sprawa. 😉 Wszystko zależy, jaki tekst, gdzie opublikowany, do kogo skierowany, jakiemu celowi ma służyć. 

 

 Szybciej piszę, mniej biorę

Dziwią mnie copywriterzy chwalący się szybkością pisania na klawiaturze. Tak jakby ta szybkość decydowała o umiejętnościach. Tu nie ma reguły, dlatego nie będę też generalizować. Można pisać szybko i dobrze, można pisać wolno i źle. 

Ekspresowe wyrabianie się z zadaniami stwarza pokusę do zwiększenia konkurencyjności usług, czyli obniżania ceny za znaki. A warto wiedzieć, że ta szybkość z czasem się zmieni. Oj tak. Za rok nie będziecie mogli się chwalić, że dajecie radę napisać 50 tys. znaków dziennie. 

Na początku kariery w copywritingu pisanie prostych tekstów idzie dość sprawnie. Umysł świeży, człowiek ma zapał do pracy. Z kolei pisanie tych trudniejszych, idzie gorzej. Bo człowiek się dopiero uczy. Z biegiem lat to się zmienia. Choć pisanie nawet na trudne tematy, idzie raczej sprawniej niż kiedyś, to wypalenie zawodowe powoduje ogólne zwolnienie tempa pisania. Jest to też efektem dojrzałości i doświadczenia. Zamiast lać wodę, chcemy się skupiać na jakości, a przez to więcej zastanawiamy nad każdą literką – chcemy pisać lepiej, a nie więcej. Tak to powinno działać, jeśli chcemy się rozwijać. 

Jeśli dziś wydaje wam się, że zarabiacie nieźle, bo piszecie szybko, to pomyślcie, że z czasem to was zrujnuje. 

 

Jakie jest rozwiązanie?

Liczba znaków działa na wyobraźnię klienta i jakoś tam odzwierciedla typ, jakość czy przydatność tekstu. Z tym, że w wielu przypadkach o wiele korzystniej rozliczać się nie za znaki, a np. za wykonanie konkretnego zadania. Określając jego szacunkową wielkość i/lub czas pracy. 

Przykłady:

  • Napiszę artykuł na blog na wskazany temat, który będzie liczył od 4000 do 7000 znaków. Jego cena wynosi x zł.  
  • Przygotowanie tekstów na stronę (4 zakładki) wynosi x zł. Szacunkowo będzie maksymalnie 3000 zzs w każdej zakładce. 
  • Napisanie 10 opisów produktów będzie kosztowało x zł. Średnia długość opisów będzie wynosić od 1000 do 2000 zzs. 

Nie wydaje się wam czasem, że napisanie artykułu liczącego 4000 zzs zajmuje niemalże tyle samo czasu co napisanie artykułu  7000 zzs? To dlatego, że samo pisanie jest ułamkiem pracy nad tekstem. Czasami już w trakcie okazuje się, że tekst powinien być dłuższy niż zakładaliście z klientem. Wydłużenie może nie wchodzić w grę, bo a) nie chcecie się sfrajerzyć i dawać coś ponad, b) klient nie chce się sfrajerzyć i zapłacić więcej, bo copywriter coś tam wywnioskował poza ustaleniami.

 

Dlatego nie warto dawać klientowi do zrozumienia, że płaci jedynie za liczbę znaków. Stąd biorą się te wszystkie nieporozumienia i zażalenia typu „ej, dlaczego ty chcesz tyle kasy, przecież to tylko 1000 zzss?!” O wiele lepiej komunikować inne, równie ważne cechy tekstu. Mówić, jak wygląda praca copywritera. Że to nie jest robot, który usiądzie, napisze i z głowy. Trzeba skupiać się na wartości- jaki jest cel treści, co dzięki niemu chcemy uzyskać. Bez względu na to, co będzie tym celem, nie zrealizuje się go zapewniając minimum znaków. Odwołujcie się do wyobraźni, przekonując, że liczba znaków ma minimalne znaczenie i nie powinna wpływać na koszt pracy copywritera. Dawajcie powody, dla których napisany tekst będzie miał wartość. 

 

Przykłady:

  • Tekst na blog będzie napisany na podstawie wiarygodnych informacji, zostanie dołączony spis źródeł. Język będzie dopasowany do grupy odbiorców, poprzedzony zebraniem danych, jakie treści sprawdzają się w tej branży. Celem tekstu będzie… Zostanie poruszony temat o…. Tytuł, śródtytuły i słowa będą odpowiadały standardom SEO, ale sam tekst będzie skupiony głównie na wartości dla czytelnika.  
  • Tekst do zakładki „o firmie” będzie skupiony na historii firmy, gdzie zostaną przedstawione trudne i ważne momenty. Założeniem będzie przedstawienie firmy jako…… Tekst powinien wywoływać następujące emocje/skojarzenia z firmą….
  • Koszt współpracy wynosi x zł, w cenie znajdują się konsultacje, poprawki i pełna dyspozycja. 

Nie wiem jak wam, ale mnie takie informacje powiedzą więcej niż liczba znaków. 😉

To nie jest tak, że każde 1000 znaków napiszecie w godzinę, dwie czy trzy. Dlatego zamiast myśleć wyłącznie o wskaźnikach liczbowych, lepiej zastanowić się, ile czasu może zająć napisanie danego tekstu, jaki to ma być typ tekstu, gdzie będzie opublikowany (media o dużym czy małym zasięgu), jakie wymagania ma klient itp. Więcej o cenniku copywritera

Generalnie to nie namawiam, by całkowicie zrezygnować z rozliczenia na podstawie znaków. Chciałam tylko zwrócić uwagę, że w wielu przypadkach traci na tym copywriter, a w wielu innych tym stratnym jest klient. 

To by było na tyle. Ciekawa jestem, czy macie choć trochę podobne spostrzeżenia, że rozliczanie się za 1000 zzs, to nie zawsze dobre rozwiązanie? 🙂

 

 

 

 

  • Marlena Kopacz

    Witam:) Przesłanie tekstu bardzo dobre:) Chyba zacznę próbować się rozliczać w inny sposób:) Im trudniejszy tekst, tym mniej zajmuje pisanie, a więcej myślenie i zbieranie informacji.

  • Agata

    Joanno, jesteś skarbnicą wiedzy. Przeczytałam Twoje teksty, przemyślałam je, ba, porobiłam notatki 😉
    Właśnie wypoczywam 😉 na urlopie macierzyńskim, z małą córeczką i jeszcze mniejszą płacą, zatem jestem wyjątkowo zmotywowana do pójścia w Twoje ślady.
    Zastanawiam się tylko, czy jako autorka tekstów naukowych i beletrystyki będę potrafiła połknąć bakcyla marketingu. Oby!
    Wierzę, że, zainspirowana Twoim przykładem, zdobędę to upragnione, pierwsze, zlecenie. A później może i kolejne…
    Bardzo serdecznie Cię pozdrawiam, chapeau bas 🙂

    • Hej Agato, dzięki za miłe słowa! Urlop macierzyński to dobry czas na zmiany, ale też na spokojnie 🙂 Na pewno zdobędziesz to zlecenie, jeśli masz pytania, śmiało pisz, jeśli będę potrafiła – zawsze pomogę.

      • Agata

        Dziękuję 🙂
        To ogromnie budujące, że oferujesz nam swoją pomoc, podczas, gdy mogłabyś uznać, że każdy radzi sobie sam i tyle.
        Jeśli będę miała jakąś zagwozdkę, napiszę, ale bez narzucania się i z szacunkiem dla Twojego czasu – na pewno masz co robić 😉

      • Agata

        No to zapytam. Joanno, jak potraktować oferty, w których potencjalny zleceniodawca deklaruje, że będzie potrzebował ogromnej (kilka tysięcy) liczby opisów i życzy sobie, abyśmy podali mu naszą ofertę cenową (i czas realizacji zlecenia…). Wówczas, nawet jeśli przyjmiemy stawkę 10 zł/1000 zzs, „wyjdzie” nam kwota rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych, jeśli opisy są bardziej wymagające (np. mają powstać w języku obcym), to nawet kilkuset (!). I cóż, mamy taką zaproponować bo wyniknęła z prostej matematyki? 😉 A może raczej omijać takie propozycje?

        • Rozumiem cię, ponieważ swego czasu też miałam zagwozdkę z tego typu zleceniami. Doszłam do wniosku, że żadna wycena nigdy nie będzie satysfakcjonująca – zarówno dla wykonawcy, jak i zleceniodawcy. No chyba, że klient ma taki budżet (czego nie można przecież wykluczyć) – wtedy można rozłożyć pracę na kilka (kilkanaście?) miesięcy albo podzielić się pracą z innymi copy. Problem jest taki, że często klienci oczekują, że takie opisy będą kosztować 1-2 zł i spodziewają się zapłacić np.5 tysięcy za coś, co może zająć nawet kilka tysięcy godzin. Ja bym doradziła tak: wyceń tak jak czujesz, biorąc pod uwagę, ile chciałabyś zarobić i ile czasu potrzebowałabyś, żeby ogarnąć takie zlecenie. 😉

          • Agata

            Tak myślałam, serdecznie dziękuję 🙂

  • 1000 zzs to nić porozumienia pomiędzy zlecającym tekst, a copywriterem, to wyjściowa, to początkowa rozmów o współpracy, i to nieźle.. ale jeżeli zależy nam na skuteczności pisanych treści dla klienta oraz na naszej osobistej satysfakcji copy, że tekst ma czytelników i się podoba, to ta relacja nie powinna sprowadzać się nie tylko do kosztu 1000 zzs, tylko do wspólnego celu, wspólnego projektu, długoterminowej współpracy, idealnie by było, żeby określić oczekiwania i nasze możliwości w umowie, briefie i umówić się na jakąś kwotę miesięcznie, wtedy rodzi się inny rodzaj współpracy i zaufania, a nie po chińsku – im taniej to lepiej, bo tanio i dobrze to się wyklucza/ brawo Asiu za kolejny mądry i potrzebny tekst 😉

    • Dokładnie to miałam na myśli – żeby brać pod uwagę nie tylko te 1000 znaków, ale też inne wyznaczniki. 🙂

  • Kuba Krakowiak

    Ogólnie zgadzam się z przesłaniem tekstu, bo sam wielokrotnie miałem sytuacje, o których jest w nim mowa. Jednocześnie zastanawiam się, czym zastąpić ten model rozliczenia. Jak Pani wie, copywriter ciągle styka się z nowymi branżami i rodzajami realizacji. Dlatego też może być ciężko oszacować, ile zajmie napisanie danego tekstu, a klienci często oczekują podania ryczałtu już na początku współpracy.

    • Skoro jestem kobietą, to od razu zaproponuję przejście na Ty. Jestem Asia, miło milo:) Zgadzam się, że nie można całkowicie zrezygnować ze stawki za znaki – sama też tego nie robię. Bardziej chciałam pokazać, że to nie zawsze się sprawdza i jest korzystne, zwłaszcza, jeśli przy wyliczeniach skupiamy się tylko na liczbie znaków. Myślę, że oszacowanie wartości projektu jest tak samo trudne jak oszacowanie uczciwej stawki za znaki – raz się na tym wyjdzie lepiej, raz gorzej. Ogólnie częściej zastanawiam się, ile mniej więcej czasu spędzę nad pracą, a nie ile napiszę znaków. Poza tym czas pracy freelancera, to nie tylko konkretne zadania dla klienta, ale też wszystko inne co się robi, by pozyskiwać zlecenia, zdobywać wiedzę, utrzymywać kontakty z klientami itp. 🙂

      • Kuba Krakowiak

        Jestem Kuba jak wiesz 🙂 Czy masz może coś takiego, jak cennik zadaniowy? Mój opiera się jedynie na ilości znaków, ale chciałbym stworzyć też drugą jego wersję. Kompletnie jednak nie wiem, jak się do tego zabrać.

Wróć na górę