Literówka? Niby GDZIE? To nie twoja wina, że nie widzisz błędów w swoich tekstach.
Poprzedni post Następny post

Czytam artykuł w gazecie, wpis na jakimś tam blogu, książkę i…

— O! Literówka! W takiej poważnej publikacji?! Jak można było tego nie zauważyć?! — oburzam się. 

Literówka to błąd „techniczny” w pisowni polegający na pominięciu lub pomyleniu znaku. Nie powoduje, że tekst jakoś znacząco traci na jakości, ale… wywołuje wrażenie niechlujności. Drażni i zachęca do pozostawienia komentarza w stylu: ej, masz błąd w drugim zdaniu! 

Jakiś czas temu anonimowy internauta wysłał do mnie e-maila (przez formularz kontaktowy) o takiej treści:

„To wprawdzie nic ważnego, ale chciałem Pani napisać, że w trzeciej kolumnie ma Pani błąd (literówkę), a na takiej stronie to wygląda nieprofesjonalnie.”

Dokładnie wiem, jaki był sens tej wiadomości. Trochę mi się wstyd zrobiło i postanowiłam poszukać niedopatrzenia. Szukam, i szukam, i nic. Nie widzę. Co jest? Niby gdzie ta literówka? 

Po 2-3 godzinach znów podjęłam się sprawdzania tekstu. Nareszcie. Znalazłam ten wytknięty błąd. I to nie jeden!

Zaczęłam się zastanawiać, jak to możliwe, że tyle razy zmieniałam, poprawiałam teksty, a nie widziałam tych rażących błędów? Wtedy też zrozumiałam, jak wielkie znaczenie dla twórców mają, nawet nie sami korektorzy, ale osoby postronne, które przeczytają teksty i wyłapią najpoważniejsze błędy, literówki, niedopatrzenia. 

Swoich gaf się nie widzi.  Nie w momencie pisania i publikacji tekstu. Jest to jakiś dziwny rodzaj ślepoty. Dopiero po pewnym czasie, gdy spojrzy się „świeżym okiem”, zauważa się te wszystkie błędy stylistyczne, gramatyczne, interpunkcyjne. 

Czasami przeglądam starsze teksty, zielenieję ze złości i zastanawiam się: jak mogłam coś takiego napisać? Popełnić taki głupi, szkolny błąd? Przecież przyczyną nie jest moja niewiedza, bo w końcu wiem, że to błąd.

 

Literówka? Ha, okazuje się, że jest na to naukowe wytłumaczenie!

 

Mózg człowieka jest tak zaprogramowany, że po pewnym czasie zaczyna ignorować stałe elementy otoczenia. Niby ma to nam zapewnić przetrwanie.

Po kilkunastu minutach przestajemy czuć zapach perfum, po dwóch miesiącach przestaje nam przeszkadzać dziura w ścianie albo brak parapetu. Coś o tym wiem.

3 lata temu robiłam z mężem remont w kuchni. Nie kupiliśmy parapetów, listwy przypodłogowej i lampy wiszącej. Odwlekaliśmy to w czasie, bo jakoś nie mogliśmy nic znaleźć. I tu nagle uświadamiam sobie, że minęły już 3 lata, a my wciąż mamy tak rażące braki w kuchni! Przyzwyczailiśmy się i przestaliśmy zwracać na to uwagę…*

 Ale co z tymi literówkami? 

Z literówkami jest podobnie. Pisząc tekst wciąż patrzymy na litery, wyrazy, zdania. Tysiące liter. Nasz mózg się do nich przyzwyczaja i zaczyna ignorować błędy, ponieważ rozumie sens wypowiedzi. Kiedy piszący skupia się na ogólnym przesłaniu tekstu, mózg wprawdzie poprawia błędy, ale… w głowie!*

I przez to autor ich nie widzi, ponieważ ten wredny mózg przesyła sygnały, że wszystko jest dobrze.

I co najgorsze, im dłużej siedzimy nad jednym tekstem, tym mniej błędów zauważamy. 

 

Gorzej jest w przypadku tekstów, które piszemy dla klientów. Zleceniodawca może nie wiedzieć, że błędy nie wynikają z niewiedzy. I może nas posądzić o to, że nawet nie przeczytaliśmy tekstu przed wysłaniem. Kiedy tak naprawdę siedzieliśmy nad nim wiele godzin. 

Trafił mi się kiedyś taki wyjątkowo nieuprzejmy klient, który nie chciał zapłacić za napisane teksty. Wykręcał się i wykręcał, a gdy nie wiedział już co wymyślić, zarzucił mi, że popełniłam dwie literówki. 

Oczywiście nie wypada wysyłać tekstów z literówkami.  Ale co zrobić, gdy choćby nie wiadomo, jak długo by się sprawdzało tekst, nie zauważy się wielu błędów? Z winy mózgu, oczywiście! 😉

Czy jest na to rada? Po części tak.

 

Jak popełniać mniej błędów?

 

  •  Zorganizować sobie pracę tak, by napisać tekst 2-3 dni przed terminem wysłania do klienta. 
  •  Po napisaniu ostatecznej wersji, zamknąć plik z tekstem. Nie wracać do niego przez 1 dzień. Mózg o nim trochę zapomni. 
  • Na drugi dzień otworzyć ponownie plik, przeczytać tekst od deski do deski i poprawić zauważone błędy. Będzie ich mnóstwo. Znów zamknąć plik na 1 dzień. 
  • Na trzeci dzień ponownie zapoznać się z tekstem i znów poprawić błędy. Wciąż będzie ich sporo.  Wysłać tekst do klienta. 

 

Czy nie będzie w nim błędów? Pewnie będą. Ale dużo, dużo mniej. 

 

 

Jak (prawie) całkowicie wyeliminować błędy literowe ze swoich tekstów?

Można:

a) prosić zaufaną osobę o czytanie tekstów (dobrze znającą zasady językowe) – zauważy więcej błędów niż autor;

b) zatrudnić korektora

 

Jeżeli jesteś własnym sterem i okrętem, sam dla siebie szefem, menadżerem, strategiem, copywriterem, korektorem, grafikiem, webmasterem, pozycjonerem, księgowym, specjalistą ds. obsługi klientów, specjalistą ds. social media… i nie wiadomo kim jeszcze… nie dziw się, że popełniasz błędy. Ale rób wszystko, by je eliminować. 

Zwróćcie uwagę, jak często błędy literowe i nie tylko pojawiają się  w renomowanych czasopismach, znanych portalach, w książkach, i co najdziwniejsze, bilbordach reklamowych.

literówki w tekstach

Zawsze się zastanawiam, dlaczego nie znalazła się choćby jedna osoba, która zauważyłaby tak wielki błąd na bilbordzie, na którym znajdują się maksymalnie dwa zdania? Przecież zanim taka reklama pojawi się na ulicy, pracuje nad nią co najmniej kilka osób… Kiedy idzie do druku, patrzy na ten tekst kolejne kilka osób. I nic. To już chyba trudniej wytłumaczyć, ale myślę, że amerykańscy naukowcy dadzą sobie z tym radę. 😉

Jeżeli zobaczycie błąd w moim tekście, to nie wysyłacie anonimów, ale piszcie otwarcie. Nie obrażę się. Będę wam wdzięczna. Bo ja ich nie widzę. Przez ten cholerny mózg. 

*Źródła:

http://www.focus.pl/

http://tvnmeteo.tvn24.pl/

http://www.comedycentral.pl (zdjęcie)

  • Mózg nie jest cholerny 😉 Z litrówkami zmagają się wszyscy piszący zawodowo 🙂 Ważne, żeby zdawać sobie sprawę z możliwości wystąpienia błędu, a tym samym robić po sobie korektę 😉

    • No właśnie z tą korektą jest tak, że najlepiej, jak robi ją druga osoba. 😉

  • Mój sposób na usuwanie literówek z własnych tekstów to po prostu sprawdzić je po pewnym czasie, na przykład po kilku godzinach bądź w następnym dniu 🙂

    • Masz rację – nieraz przekonałam się, że wtedy zauważa się więcej błędów niż w trakcie lub tuż po napisaniu.

  • Jam ma dysleksje i po mimo sprawdzeniu napisanego tekstu nie widzę błędów. Po mimo, że ktoś inny je dostrzega bez problemu. Wiele, razy bardzo ukuło mnie to, że ktoś napisał, że robię błędy. A jak ich nie widzę. To jest najgorsze – jak ktoś myśli że jesteś ”tępa dzida”. Przez ten swój defekt, wiele razy chciałam zawiesić bloga.

    • Kasiu, mogę się tylko domyślać, jak trudno prowadzić blog (ze względu na komfort psychiczny), mając świadomość tego, że ma się dysleksję. Ale wiem też, że wierni czytelnicy okazują zrozumienie i nie zważają na błędy, szczególnie gdy wynikają ze specyficznych, wiadomych im przyczyn. A przecież na takich osobach powinno nam zależeć jako twórcom. W sieci jest sporo znanych blogów, których autorzy przyznają się do dysleksji. 🙂 No i w żadnym wypadku nie zawieszaj bloga!

Wróć na górę